Kilka dni temu przed południem na ulicach warszawskiego Wawra zauważono konia, który biegł bez jeźdźca, ale z siodłem na grzbiecie. Zwierzę galopowało w pobliżu trasy S2. Zaniepokojeni mieszkańcy wezwali straż miejską, która skierowała na miejsce funkcjonariuszy Ekopatrolu. Zanim strażnicy dotarli na ul. Przełęczy w Falenicy, sytuację udało się opanować jednej z mieszkanek. – Kiedy strażnicy dotarli na miejsce, rumak był już pod opieką mieszkającej w pobliżu kobiety, która hobbystycznie jeździ konno, dzięki czemu wiedziała, jak opanować zdezorientowanego rumaka – wyjaśnia warszawska straż miejska. I dodaje, że koń miał sportową sylwetkę, był zadbany i czysty, a na grzbiecie nadal miał siodło.
Strażnicy chcieli ustalić, skąd przybiegł koń i do kogo należy. Dlatego skontaktowali się z pobliską stadniną, której pracownicy podpowiedzieli, gdzie na końskim wyposażeniu można szukać danych właściciela.
Na jednym z popręgów funkcjonariusze znaleźli numer telefonu. Kiedy zadzwonili, odebrała kobieta, która, jak się okazało, była właścicielką konia wyścigowego. Wyjaśniła, w jakich okolicznościach straciła kontrolę nad zwierzęciem. – Koń zrzucił kobietę z siodła w okolicach Góraszki w gminie Wiązowna, niemal 10 km od miejsca, w którym został odnaleziony. Spłoszony koń pobiegł dalej – tłumaczy warszawska straż miejska. Strażnicy dodają, że kobieta nie odniosła obrażeń podczas upadku. I dodaje, że kobieta nie odniosła obrażeń podczas upadku. Po kilkudziesięciu minutach dotarła na ul. Przełęczy w Falenicy, gdzie czekał na nią odnaleziony koń. Ucieszyła się na widok swojego niesfornego rumaka. – Podziękowała za opiekę i konno odjechała do domowej stajni – dodaje Ekopatrol.

Napisz komentarz
Komentarze